WSPOMNIENIA

Fakty, wydarzenia,nadzieje,opinie

  ZAPISKI MENEDŻERA

  EUROPOSEŁ KRAWCZYK, SENATOR  KOSMALA

 

Grudzień roku 1997. Mamy kontrakt na występ dla Polonii w Wiedniu. Jedziemy rodzinnie nie tylko na występ ale także na słynny targ przedświąteczny do Wiednia. Dzień przed wyjazdem mamy jeszcze koncert w Bielsku-Białej. Ja z żoną dojeżdżam, śpimy w hotelu uzdrowiskowym pod Bielskiem. Zajeżdżamy wspólnie wieczorem do hotelu i głodni idziemy do restauracji hotelowej na kolacje. A tutaj restauracja prywatnie wynajęta na wesele. Takie przeszkody Krawczyk już wielokrotnie pokonywał na tzw. małpę. Ale tym razem odźwierny się uparł. Krawczyk, nie Krawczyk, jest wesele. Na to Krawczyk: Proszę pana, ja ten afront jakoś przeżyję, ale jestem z senatorem Kosmalą, nie wiem, jak on to odbierze! I to dopiero wzbudziło sensację! Na weselu jest senator! Specjalnie przygotowano dla nas suto zastawiony stół. A ja, jako senator byłem zarzucany przez gości problemami, które są do rozwiązania. Kiwałem tylko głową, szczęśliwy, że mogę zjeść kolację i oświadczałem, że do Senatu te problemy na pewno trafią! Sytuacja z Gogola! Do dziś, kiedy ogłaszają kolejne wybory zastanawiam się, czy nie kandydować. Jak to pięknie brzmi: senator Kosmala. Jak  się  już  zdecyduję  liczę na Wasz głos!

                                                                                                       *****

Od polityki staraliśmy się zawsze uciekać. Nie chcieliśmy naszego elektoratu dzielić według politycznego klucza. Przecież w praktyce spotykamy się z sympatią zarówno ortodoksów lewicowych jak i prawicowych. Jest faktem, że serce Krawczyka bije po prawej stronie, choć lewica, może dlatego, że Krawczyk był gwiazdą ich młodości, zawsze rządząc, na przykład w telewizji, bardzo nas szanowała. To samo nam mówił pewien hierarcha kościelny, który zdradził nam, że łatwiej mu załatwiać sprawy kościoła z lewicowymi agnostykami niż z prawicowymi świętoszkami. Ale w końcu „Parostatek”, „Jak minął dzień” czy „Rysunek na szkle” trudno było zaciągnąć w służbie do polityki. Co prawda pani z Samoobrony, bizneswoman jak się przedstawiła, dzwoniła do mnie przed wyborami do Europarlamentu, że mogą dać Krawczyka na pierwszym miejscu listy wyborczej. – Pan jest menedżerem Krawczyka czyli musi pan myśleć biznesowo. Krawczyk wiecznie śpiewać nie będzie a mieszkanie w Brukseli, poruszanie się w międzynarodowym towarzystwie z jego znajomością angielskiego to byłaby dla niego piękna emerytura. Argument był nawet logiczny i przemyśliwany przez nas całą dobę, choć tak naprawdę wiedzieliśmy od początku, że ta atrakcyjna propozycja daleka jest od naszych fascynacji walką, ale jednak na rynku muzycznym. I nawet nie chodziło o partię, która nas tam desygnowała, bo z Krzysztofem patrzyliśmy na Leppera jako człowieka, który pokonał  wyboistą drogę życiową. W końcu to wzór godny drogi gwiazdy piosenki: z dołu do góry! Choć można też za Jerzym Stanisławem Lecem powiedzieć: trzeba mieć nie lada spryt, żeby stoczyć się na szczyt. Jest zresztą też droga w kierunku powrotnym. Ta akurat zakończona jakże  tragicznie co dodaję w 2012 roku do tekstu pisanego w 2007 roku. Odpowiedziałem pani z Samoobrony: Niech pani zadzwoni za pięć lat, może wtedy już nam nie będzie chciało się ścigać na listach przebojów. I pojedziemy na słodką emeryturę do Brukseli. W końcu bardzo lubimy czekoladki belgijskie. W 2000 roku byliśmy w Rzymie na Narodowej Pielgrzymce Jubileuszowej. Krzysztof śpiewał przed Ojcem Świętym.  Rządził wtedy AWS co miało odbicie w składzie pielgrzymki. Mieszkaliśmy wspólnie w Domu Pielgrzyma Włoskiego. Przy śniadaniu spotkaliśmy się z Marianem Krzaklewskim, który wtedy przymierzał się do wygrania wyborów prezydenckich. – Panie przewodniczący, niech pan się ze mną spotka kilka razy, ja panu podpowiem kilka sposobów jak zdobyć sympatie publiczności. Robię to w końcu całe życie. – Powiedział do niego Krawczyk. Krzaklewski spojrzał na swoich współpracowników i powiedział: Musimy się uczyć od pana Krzysztofa. I na tym skończyło się zainteresowanie pana przewodniczącego propozycją. Potem, przed wyborami w 2005 roku zadzwonił do mnie Wojtek Trzciński. – Andrzej! PO chce wziąć na swoją piosenkę wyborczą „Byle było tak, że ludziom chce się bardzo śmiać”. Wojtek był zainteresowany, bo to jego kompozycja. Ja natomiast jak rasowy menedżer stwierdziłem, że to znakomity pomysł – jak dobrze zapłacą – czemu nie? Potem zapadła cisza. Dzwoni Wojtek. – Przykro mi, ale w PO są dwie koncepcje i wygrała ta, która uznała, że Krawczyk jest zbyt kontrowersyjny. Jak przegrali wybory przyjęliśmy to z marną satysfakcją. Nie chcemy już nigdy takich satysfakcji! Apelujemy do polityków: zapomnijcie o nas jako nosicielach waszych idei. My mamy swoją partię, Partię Zwolenników Krzysztofa Krawczyka (ładny skrót: PZKK) a jej ideologia zawarta jest w naszych piosenkach. Zaś manifestem programowym jest piosenka napisana przez niżej podpisanego:

To wszystko sprawił grzech, że ludziom jest ze sobą źle,

Że zamiast dobrem przegnać zło dali się splątać jakąś grą.

Może dlatego podczas ostatniej kampanii wyborczej już nikt do nas nie dzwonił, nie było żadnych propozycji, a my głosowaliśmy w zgodzie z własnym sumieniem i w tajemnicy…

 

(fragment moich wspomnień napisanych do Leksykonu Krzysztofa Krawczyka wydanych przez Agorę w 2007 i 2008 roku)

 

Mogę Panu oddać pieniądze za bilet!

(fragment książki Krzysztofa Krawczyka i Andrzeja Kosmali pt. ŻYCIE JAK WINO; wydawnictwo QM Music)

Andrzej Kosmala: Było to gdzieś na początku lat 70. Trubadurzy, zespół niezwykle popularny, ale przeze mnie (dziennikarza radiowego) bardzo nielubiany, zawitał do mojego Poznania. Trubadurzy należeli do grona polskich zespołów, które uderzały w ton folklorystyczny. Choć folk był wtedy modny na całym świecie, to jednak Trubadurzy swe zainteresowania folkowe nazbyt przenieśli na wschód. W kraju im to szkodziło, ale w Związku Radzieckim graniczyli popularnością z Beatlesami i Pieśniarami. Była to jedna z ostatnich mutacji personalnych tego zespołu, z wybijającym się już wyraźnie na solistę Krzysztofem Krawczykiem i bardzo zdolną solistką, zupełnie niepasującą do tego towarzystwa, moją przyjaciółką, jeszcze z zespołu Tarpany, Haliną Żytkowiak – w życiu prywatnym partnerką Krzysztofa. Poszedłem na koncert, nie tyle Trubadurów, co właśnie po to, by spotkać dawno niewidzianą Halinę. Po koncercie udałem się do niej za kulisy Auli Uniwersyteckiej w Poznaniu. Przywitałem ją groźnym, apodyktycznym i do tego głośnym tekstem: Gdzieś ty trafiła? Do tych ruskich klezmerów? Jak ten Krawczyk śpiewa, to mam wrażenie, że zaraz (przepraszam za wyrażenie) „pawia” puści do mikrofonu! Nie widziałem, że za mną stoi rozdający autografy Krzysztof Krawczyk. Podszedł do mnie z groźną miną, choć jesteśmy tego samego wzrostu, to wydał mi się dużo wyższy ode mnie i ryknął jak do mikrofonu: Jak się Panu nie podoba, to mogę oddać pieniądze za bilet!

Nosiłem wtedy w klapie marynarki znaczek Polskiego Radia. Gdy rzucił okiem na ten znaczek, w jednej chwili złagodniał jak baranek. Zmienionym nie do poznania głosem zaczął mi tłumaczyć, jaka to ciężka praca to śpiewanie, jak trudno jest sprostać oczekiwaniom publiczności… Muszę powiedzieć, że kiedy tak do mnie przemawiał, a właściwie się tłumaczył z trudności, jakie sprawia ten zawód, poczułem do niego nić sympatii. W końcu komu wtedy było lekko?

W jednej chwili zrozumiałem, że niebezpieczne i niesprawiedliwe jest takie osądzanie artystów, bo są to tacy sami ludzie, uwikłani w różne sprawy, i trudno z góry stwierdzić, co im naprawdę w duszy gra. Miałem wtedy 24 lata; wychowany na rewolucji Beatlesów i „dzieci kwiatów” myślałem, że tylko ja postrzegam świat we właściwych wymiarach. To doświadczenie chciałbym zadedykować dzisiejszym młodym gniewnym.

I kiedy wracałem do domu trochę oszołomiony, w uszach brzmiały mi: liryzm, ciepło, serdeczność, duszoszczypatielność głosu Krawczyka, jakże innego od tego słyszanego na scenie, kiedy próbował się wyrwać na niepodległość, z wszechobecnego, dominującego chóru kolegów z zespołu, a kiedy udawało mu się to przez moment, brzmiał jak radosny, pijany Cygan.

I tak sobie myślałem: przecież gdyby ktoś chciał się zająć poważnie tym człowiekiem, to mógłby stworzyć skrzyżowanie wszystkiego, co najlepsze w światowym piosenkarstwie. Trochę Toma Jonesa, trochę Elvisa Presleya, trochę B.J. Thomasa z Blood, Sweat and Tears, co nieco z Demisa Roussosa, ślad P.J. Proby’ego, trochę szkoły włoskiej i hiszpańskiej. A do tego podlać to wszystko wschodnioeuropejskim sosem. Wniosek był dla mnie oczywisty: Polska, a może i świat, czekają na takiego wokalistę. Krawczyk ma przyszłość!